Etykiety
Kategorie: przemijanie, cisza, pustka, samotność,
Z Poświatowskiej
29 styczeń 1995, Szczecin
Mój zamek wznosi się wysokona górze, której nie nazwę szklaną,
aby nie piętrzyć trudności.
Gdy słońce ze snu budzi się rano,
gdy ręką chmury przegania z oczu,
płaczę z radości.
Potem zaś chodzę wśród komnat pustych,
jak szklista tafla mojego lustra
zbita przed laty.
Patrzę w odłamki, wykrzywiam usta
w uśmiech zastygłe czerwoną chustą,
jak lalka z waty.

